„Tata, to trzeba naprawić!”

O tym co jest ważne dla samorządowca, o sprawach zawodowych a także o tym, jak działania publiczne przekładają się na życie prywatne mówi w wywiadzie mec. Dariusz Lasocki – radca prawny i radny Pragi Południe, i – jak dodaje – przede wszystkim mąż i ojciec.

– Dobiega końca druga Pana kadencja samorządowa…

– Tak, zleciało osiem lat.. Szybko i nieszybko. Sporo spraw, wiele twarzy, a jeszcze więcej problemów, z którymi się stykam. To dobra lekcja obywatelskości, ale też pokory. Pokory, bo widzę, że tak wiele jest jeszcze do zrobienia i nawet jak czasami narzekam, to powinienem po prostu przestać, bo w porównaniu z osobami, którym staram się pomagać, ja nie mam w istocie żadnych problemów.

– Faktycznie, Praga i cała prawobrzeżna Warszawa jest dosyć mocno rozwarstwiona i stąd wynikają także jej problemy. Ale jak temu zaradzić?

– Trzeba być blisko ludzkich spraw. Wiem, brzmi to jak slogan, ale dla mnie to rzeczywistość. Mieszkańcy Pragi Południe przynajmniej raz w tygodniu proszą mnie o pomoc czy interwencję. Raz w tygodniu, czyli kilkadziesiąt razy w roku i kilkaset w całej kadencji. Ponieważ jestem prawnikiem, to łatwiej znajduję narzędzia, dzięki którym staram się pomóc mieszkańcom. Może to nie będzie popularne co powiem, ale większość radnych to osoby nie robiące prawie nic. I wiem, że posypią się gromy z różnych stron, zapewne także od moich koleżanek i kolegów. Tak to widzę i tak to opisuję.

– Rzeczywiście mocno to zabrzmiało. To może warto rozmawiać o zmianach w samorządzie? Reprezentuje Pan partię (PiS), która od początku rządów zmienia prawo i różne instytucje.

– Jestem skromnym radnym i nie aspiruję do parlamentu, czyli nie ja będę zmieniał prawo. Mam jednak kilka przemyśleń. Pierwsze i bardzo podstawowe to profesjonalizacja radnych. Musimy i mówię to także do siebie, zgłębiać wiedzę, dokształcać się, zdobywać doświadczenie, szukać skutecznych narzędzi wsparcia mieszkańców. To wszystko da nam podstawę, aby pomagać i tu też padnie słowo pomagać profesjonalnie mieszkańcom. Jest przecież tak, że czasami jesteśmy jedynymi przedstawicielami władzy, jakich spotykają przez długie lata. Po drugie – być może warto zmniejszyć liczbę radnych, co może się przełożyć na „jakość” radnych. Czyli wracamy do tej nauki, wiedzy i doświadczenia.

– Czyli ilu radnych powinna mieć Praga-Południe czy Wawer?

– Może wystarczy pięciu lub siedmiu… Od ośmiu lat obserwuję to mini-laboratorium samorządowe w Ratuszu przy Grochowskiej i jestem zniesmaczony. Chociaż nie, to złe słowo. Jestem zawiedziony. Na 25 radnych aktywne są może 3-4 osoby. To ci, co są aktywni nie tylko na sesjach, ale i w terenie. Reszta nawet przysłowiowo nie kaszlnie do protokołu. Po co taka atrapa samorządu? Zacytuję Wandę Chotomską „Dosyć debat! Taką radę spławić trzeba”.

– A jeśli chodzi o Pragę Południe, to gdzie radnych najbardziej brakuje, a gdzie są aktywni?

– Brakuje ich na przysłowiowym podwórku. Brakuje ich w mediach, nie piszą, nie pokazują się, nie załatwiają spraw, nie zabiegają o rozwiązywanie lokalnych problemów. Nie sposób nie dodać, że taka praca, to zajęcie kosztem życia rodzinnego, a czasami zawodowego, dlatego wybór jest trudny. Ja to trochę rozumiem, bo mamy z żoną dwójkę małych dzieci. Potrafię czerpać inspirację także z ich uwag – ilekroć jesteśmy na Gocławiu czy na Saskiej Kępie lub idziemy uliczkami Grochowa, to dzieciaki obserwują i podpowiadają, że coś trzeba naprawić (śmiech). Można więc jakoś to połączyć, ale powtarzam – to może być dla wielu trudne. Ja łączę pracę zawodową prawnika z niwą społeczną, z byciem radnym. Te dwie rzeczywistości się dopełniają.

– To powiedzmy trochę o efektach łączenia tych dwóch rzeczywistości… Należy Pan do najbardziej aktywnych radnych – jakimi sukcesami warto się pochwalić? Podejmowanie jakich działań dało Panu najwięcej satysfakcji?

– Udało się być blisko mieszkańców, a to jest najważniejsze. Ludzie wiedzą, że mogą mnie spotkać w urzędzie, mogą do mnie napisać. Spotykam się, przyjmuję sprawy do realizacji. Ze spraw ważnych warto wspomnieć o walce o odzyskanie Jeziorka Gocławskiego, aby wróciło do Miasta, czyli do mieszkańców. Sprawa jest w sądzie, została zaskarżona przez prokuraturę. Przez ponad 2 lata walczyliśmy jako radni opozycji o Skaryszewską 11. Sprawa była w Komisji Weryfikacyjnej. Teraz mieszkańcy czekają na odszkodowania. Aktywnie wspieraliśmy mieszkańców kamienicy przy Stanisława Augusta 8. Niestety tutaj było bardzo trudno. Przez te 8 lat udzieliłem ponad 600 bezpłatnych porad prawnych. Złożyłem prawie 750 interpelacji. Wysłałem setki maili do urzędników, burmistrzów i prezydent Warszawy w sprawach, które mi polecili mieszkańcy. Spotkałem się z setkami mieszkańców. Ciekawostką jest, że bardzo mocno rozkręciliśmy wraz z mieszkańcami naszą gocławską grupę na FB – pl-pl.facebook.com/groups/GoclawWarszawa/. Dzisiaj to ponad 11 tysięcy osób. Grupa aktywna, żywa, dyskutująca.

– A życie rodzinne, coś Pan zdradzi?

– Mieszkamy wraz z żoną i dziećmi na Gocławiu już kilkanaście lat. Nie wyobrażamy sobie innego miejsca. Zresztą tak jak prawie 70 tysięcy naszych gocławskich sąsiadów. Tu nasze dzieci chodzą do przedszkola i szkoły, tu mamy naszą parafię, nasz park, place zabaw, sąsiadów i znajomych. Tu są także moi wyborcy, którzy prawie 4 lata temu dali mi najlepszy wynik w dzielnicy spośród setek innych kandydatów. Na Pradze Południe znaleźliśmy swoje miejsce, tu także staramy się pomagać innym. Być może trochę w inny sposób niż poprzez funkcję radnego. Nasze 500+ od początku tego programu przekazujemy wielodzietnej rodzinie z Grochowa. Wiemy, że to drobny gest, ale ważny. Być może nie powinienem o tym tak otwarcie mówić, ale mam nadzieję, że zachęcę innych, którzy mogą wykonać takie działanie.

– To bardzo cenna i nietypowa inicjatywa… Wróćmy jednak do Gocławia. Bardzo prężnie się rozwija. Jakie ma problemy?

– Jak każde duże osiedle – nie mamy parków, a małe enklawy zieleni nie wystarczają. Buduje się coraz więcej, ale już się nie sadzi. Marzy mi się, aby za wycięte dojrzałe drzewa był obowiązek nasadzenia 20 albo 30 większych drzew. Zapewne potrzebna jest nam nowa przychodnia, bo obecna pęka w szwach. A wracając do zieleni, wielu mieszkańców w tym ja sam chcemy parku na tzw. rezerwie pod Trasę Tysiąclecia. Będziemy za tym lobbować. Gocław to także problemy komunikacyjne. Pewnym rozwiązaniem jest tramwaj, ale czy jest to projekt wystarczający? Nie wiem. Chciałbym także metra, ale ze smutkiem odkryłem, że nie ma na to środków w najbliższych planach miasta. Z ostatnich problemów, które bulwersują mieszkańców Gocławia, to wyścigi na osiedlowych rondach. Wycie silników, pisk opon, nawet późno w nocy. Apelowałem do burmistrza i służb porządkowych, aby zadziałały. Ciągle czekam na prawidłową reakcję. Jak widać spraw jest wiele. Są też dobre rzeczy. Mamy nowe przedszkola, będziemy jako dzielnica budować nową szkołę przy Fieldorfa, a naprzeciwko Centrum Edukacyjno-Kulturalne. Czekamy na te inwestycje.

– Dziękując za rozmowę poprosiłbym o kilka słów podsumowania Pańskich ostatnich lat w samorządzie.

– Samorząd to ciekawa przygoda. To przede wszystkim ludzie. Spotykam codziennie fantastycznych prażan. Widzę, jak się organizują, ale także jak walczą o swoje. Te ostatnie lata to także pewne zanurzenie w naszą lokalność. To również lokalna prasa, powstające miejsca kultury, spotkania i debaty. Nie można nie zauważyć ożywionej dyskusji o Warszawie pomiędzy kandydatami na prezydenta. To będzie ciekawa jesień, a tymczasem w środku wakacji życzę czytelnikom dobrego i spokojnego odpoczynku. BHK