To jest epidemia. Walka. Właśnie oddajemy ją walkowerem…

Kiedy wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego przez chwilę wydawało się, że wszyscy zrozumieli jak poważna jest sytuacja i że siedzenie w domach stało się koniecznością dla naszego wspólnego dobra. Chodzi przecież o zdrowie. Ba, nawet życie. Szybko okazało się jednak, że wiele osób lekceważy przestrogi.

Jakiś czas później, władze poszły o krok dalej. Wprowadzono obostrzenia. Ograniczenia w przemieszczaniu się, zakaz wychodzenia z domu i ograniczenia w dopuszczalnej grupie osób, które mogą poruszać się na zewnątrz do 2. W wielkim skrócie tak to wygląda. I wszystko byłoby dobrze, ale dodano wyjątki od tych zasad, a tych jest na tyle dużo, że w praktyce niemal eliminują one wszystkie z tych pozornie rygorystycznych reguł. I właśnie o tym napisała do nas wczoraj wieczorem czytelniczka na fb. Oburzona, przejęta i rozgoryczona.

„Zakaz wychodzenia z domu – poza sytuacjami niezbędnymi czyli: m.in. wyjście do sklepu (nie doprecyzowano licząc na zdrowy rozsądek, czy chodzi o zakup chleba i mleka, czy wyprawę po znanych dyskontach odzieżowo-przemysłowych, ani marketach budowlanych. Jest pełna dowolność, zrobiono krzywdę tylko butikom w galeriach handlowych, cała reszta przecież może być otwarta).

Oczywiście jest też zgoda m.in. na spacery, jazdę na rowerze i bieganie. To nic, że teraz nagle zaroiło się w parkach od rodzin (2-osobowe grupki to ograniczenie tylko w przypadku jeśli owe osoby spokrewnione nie są), tłumów biegaczy, a na ścieżkach niedługo rowerzyści będą ocierać się o siebie, bo dawno tak wielu miłośników dwóch kółek w niektórych miejscach nie widziałam.

I jeszcze ograniczenia w przemieszczaniu się. Czyli co? Najpierw do marketu ogrodniczego, a potem rodzinnie na działkę “kawał” za Warszawę. Po drodze zakupy w wiejskim sklepiku. Wieczorem grill, piwko ze znajomymi. Przepraszam, to rodzina, daleka, ale jednak, bo przecież tylko tak można teraz w większej grupce.

Przerażająca jest ignorancja i wyśmiewanie osób, które teraz siedzą w domach po to, by epidemia szybciej się skończyła. Po to, by nie roznosić tego śmiertelnego wirusa. Włosi przestrzegali cały świat, nas to nie dotyczy? Apeluje Kasia Kowalska, której córka właśnie została intubowana. To też nie przemawia do rozumu?

Czy nie można kilku tygodni przesiedzieć w domach, żeby potem spotkać się z rodziną, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że to przez to jedno, fatalne wyjście do parku, ktoś najbliższy teraz leży w szpitalu? Czy musi zachorować ktoś znajomy, ktoś bliski, żeby dotarło, że to nie wymysł tylko realne zagrożenie i od nas samych zależy w dużej mierze na ile szybko się z nim uporamy?

Mam nadzieję, że niedługo wprowadzone zostaną porządne kary finansowe i będą one nakładane! Po to, by wszyscy wiedzieli, że to nie jest czas na szaleństwa w parku. One mogą poczekać.

Jeśli apele o zachowanie zdrowego rozsądku nie pomagają ( zresztą tak jak w wielu innych sytuacjach), to może kary finansowe zmuszą ludzi do myślenia, bo jak po zwróceniu uwagi: nie chodźcie teraz do parku całą rodziną, to po prostu niebezpieczne, słyszę odpowiedź: „haha, bardzo! parki już zabiły tyle osób!” , to co innego może zadziałać?…

Chce mi się płakać i krzyczeć: przestańcie! Opamiętajcie się! Może i jesteście młodzi, ale też nie wszyscy wiecie, jakie te słynne „choroby współistniejące” macie w sobie! I kto z was, i waszych dzieci tak naprawdę jest w grupie podwyższonego ryzyka!

Dodam, że pracuję w sklepie. Jeszcze kilka dni temu było pusto. Klienci ostrożnie robili zakupy. Skończyło się. Wczoraj od rana był wielki ruch. Nie docierają apele o zachowanie odległości, nie pomagają prośby o niedotykanie rzeczy na półkach bez potrzeby. Cztery osoby były kilka razy. „Bo zapomniałam o cukrze, a został tylko kilogram, żonie nie pasuje taki makaron, dobre te ciastka i wezmę drugie.” To jest epidemia. Walka. Właśnie oddajemy ją walkowerem.”