To nie są czasy dla zwykłych ludzi

– Ledwom tu do pana przyżeglował… – Pan Kazimierz Główka usiadł obok pana Eustachego Mordziaka, kupca bieliźnianego z bazaru na pl. Szembeka, na jego „mostku kapitańskim”… Znaczy na ławeczce, która pełniła tę rolę, bo z niej pan Eustachy ogarniał wzrokiem całe swoje gospodarstwo – od majtek na jednym krańcu straganu po biustonosze na drugim.

– Żonie nagle sałaty do obiadu się zachciało. – Tylko żeby była krucha! – wołała za mną, nawet jak już na schodach byłem.

– Ale, jak widzę, do sałaty się pan nie ograniczył. – Pan Eustachy spojrzał wymownie na siatkę, w której pan Kazimierz miał i młode kartofelki i truskawki.

– A, to. Wie pan – kiedyś młode kartofle najwcześniej w czerwcu były, truskawki tak samo. Teraz kuszą człowieka cały rok. A człowiek słabość ma w sobie. Ja, dajmy na to, jak na truskawki spojrzę, to zaraz dzieciństwo mi się przypomina. Mama znosiła je z bazaru całymi torbami, potem odrywała szypułki, polewała śmietaną, ja sypałem cukrem… Czy mogło być coś pyszniejszego?

– Fakt, panie Kaziu. Nie mogło! Chyba, że pierwsze czereśnie prosto z drzewa.

– Pierwsze zawsze była na działkach na Gocławiu, pamięta pan?

– Co mam nie pamiętać. Tyle razy gospodarze mnie stamtąd przeganiali, a kopów ile człowiek dostał?…

– Czasem tyłka noga sprawiedliwości dosięgała…

– Ale za to, jak się udało… Człowiek kładł się w trawie bacząc, żeby wiatr od wysypiska nie zlatywał…

– Ono było gdzieś w okolicy dzisiejszej ulicy Andersa, chyba?

– Czy Bora-Komorowskiego?… W końcu, co to dziś ma za znaczenie, który z tych bohaterów na śmieciach jest posadowiony, że tak powiem?

– Dla mnie ma. Wolałbym, żeby nie Anders. On tylko, nie z własnej winy, nie zdążył na pomoc mojej Warszawie, za to ten drugi…

– Szkoda gadać, panie Kaziu. Co było, to się nie odstanie… Wracając do czereśni – kładło się na ziemi, czereśnie pojadało i godzinami można było patrzeć na samoloty, jak z aeroklubu przy Wale Miedzeszyńskim wyciągały pod niebo szybowce. Potem je odczepiały i one jak ptaki krążyły po niebie.

– Ja za to bardzo lubiłem skoczków oglądać. Wspinał się „kukuruźnik” po chmurach – hyc, hyc, z jednej na drugą, aż nagle jakby zatrzymywał się w miejscu, a z jego brzucha wypadały maleńkie sylwetki i leciały jak kamień w dół. Ale po chwili, niczym rozkwitające kwiaty, rozpościerały się nad nimi spadochrony… Piękne to były czasy, panie Eustachy, piękne…

– Powiem panu – biedniej było, to fakt, ale jakoś inaczej.

– Fajniej?

– Może dlatego, że człowiek mniej się wszystkim martwił. Niektórych zmartwień, to w ogóle nie znał.

– O, to, to! Kilka dni temu kolegę spotkałem.

– Też emeryta?

– Nie, on jeszcze pracuje. – Coś taki markotny, pytam go.

– Wracam z rozmowy z moim dyrektorem.

– A po coś do niego lazł? O kłopoty się prosisz?

– Podwyżkę chciałem dostać. – A któż to pana tak pragnie, zapytał mnie nie bez ironii w głosie, gdy powiedziałem mu, o co mi chodzi.

– Ostatnio interesują się mną aż trzy firmy na raz: elektrownia, gazownia i wodociągi…

– I co on?

– On fik i leży. Myślałem, że na serce. A on tak ze śmiechu… – To nie są czasy dla zwykłych ludzi, panie Kaziu, nie są…

Szaser