To se ne vrati…

Nie, żebym narzekała, że teraz jest gorzej lub źle. Ale niektóre rzeczy nie zmieniły się na lepsze. No i tego właśnie mi szkoda.

Kilka dni temu włączam światło w pokoju, a tu błysk! huk! I w całym domu ciemność.

Ale ja– kobieta samodzielna i zaradna – wiem, co robić! Po pierwsze – latarka. Po drugie – drabinka. Po trzecie – korki.

Faktycznie, „wywaliło”. Trochę mnie to nie dziwi, bo żyrandol stary, ma może i sto lat. Dostałam go w spadku jakieś 30-35 lat temu i pan, który go zawieszał od razu mówił, że powinnam wymienić w nim przewody. Jasne, że tak. Kiedyś.

Przypomniałam sobie, że tydzień temu przepaliła się w nim żarówka, a gdy wymieniłam ją na nową, ta „przeżyła” do wczoraj. Nieodwołalnie, trzeba wymienić te kable.

Tymczasem stoję na drabinie i naciskam pstryczek w bezpieczniku. A on nic! W domu ciemność. Nie ze mną te numery, mam zapas! Wkręcam nowy, bez rezultatu. Spowija mnie ciemność i rośnie panika, bo to piątek wieczorem, gdzie ja teraz kogoś znajdę? Zamrażarka bez prądu, lodówka też, nie ma internetu, laptop rozładowany… Dobrze, że komórka jeszcze żyje.

Dzwonię do mojego „niezawodnego ratownika”, człowieka, który wie wszystko o wszystkim i mówię, w czym problem. Wyjście okazuje się bardzo proste: to pewnie coś na klatce schodowej, przy liczniku, najlepiej wezwać pogotowie energetyczne. Administrator budynku powinien wywiesić numer telefonu na tablicy informacyjnej na dole.

Jadę na parter. Jest! Wybieram numer. Godzina 21.08. Zgłasza się firma INNOGY (czytaj: inodżi). Przyjmuję do wiadomości, że rozmowa będzie nagrywana i zgłaszam problem. „Czas oczekiwania na ekipę do dwóch godzin”. Tyle czasu?! Wcale mi się to nie podoba, ale nie mam wyjścia.

Wracam. Siedzę. Gimnastykuję się. Leżę. Śpiewam. Wychodzę na balkon. Chodzę bez sensu. Po ponad dwóch godzinach dzwonię ponownie. „Ekipa wyjechała do pani o 22”. Ale już po 23, skąd oni jadą?! No nic, czekam. Po pół godzinie dzwonię ponownie. Tak, wyjechali co prawda do mnie, ale po drodze mieli inną awarię.

Czekam. CZEKAM!!!

Dzwonię. „Już skończyli, jadą do pani”. „Powinni już być”. „No nie wiem”, itp.

Wreszcie, o 1 w nocy, po czterech godzinach, ekipa „pogotowia” dociera na miejsce. Uprzejmi, zmęczeni panowie błyskawicznie przywracają mi prąd, potem protokół i do widzenia.

Jeszcze 10 lat temu sama umiałabym dostać się do skrzynki i wymienić tam korek. Ale wtedy miałam stary, toporny licznik i skrzynkę otwieraną śrubokrętem. Dawne, dobre czasy…

żu