Udział własny

– Co za dzień, niech to szlag!

– Co się stało panie Kazimierzu?… – Eustachy Mordziak, kupiec bieliźniany z bazaru Szembeka tak zbulwersowanego Kazimierza Główki, swego kolegi, jeszcze nie widział.

– Walnęła mnie. Ślepa chyba jakaś… I jeszcze się na mnie wydarła…

– Jak wydarła?

– Jak jeździsz, baranie?!

– Nie chodzi mnie o to, co powiedziała, tylko, co się stało?

– Co się stało, co się stało?… W garażu się stało.

– U nas, w podziemnym?

– Tak, u nas. Od jakiegoś czasu trafiają się tam kierowcy, którzy uważają, że mogą jeździć, jak chcą.

– Uprzywilejowani?

– Tak im się chyba zdaje.

– Na „bombach”?

– Nie, no skąd na „bombach”?! Normalnie, na kołach. Tylko, że w garażu wszyscy poruszają się zgodnie ze wskazówkami zegara, a oni nie. Jeżdżą, jak im wygodnie! Osobliwie panie, że tak powiem. Im wszystko jedno, w którą stronę jadą, byle do wyjścia. No i toczę się tym swoim „cienko-cienko” szukając miejsca, a tu nagle wyrasta mi przed oczami „Dżip Sziroki”, jak smok jakiś…

– Taki szeroki?

– Taki wielki. Powinien być za mną. A jest przede mną i to tyłem. A on jedzie na mnie!… I brzdęk mnie w lampę. I w zderzak. I w pokrywę… No, bo zanim mnie dostrzegła, to jechała, jakby nigdy nic… Jak się na mnie ta baba rozdarła… – Jak jedziesz, baranie!… Taka była wściekła, że aż jej grzywka na oczy spadła. Nawet broszka z wściekłości na żakiecie się przekrzywiła. A przecież to ona jechała „pod prąd”! Ale, co to ją obchodzi?!

– No i, no i?

– No i nic. Za nią wyskoczyło trzech byków… Jeden warknął „spieprzaj dziadu”, to co miałem robić? Do lampy, błotnika i pokrywy zęby jeszcze dołożyć?

– A poznałby pan ich.

– W życiu. Ale ona wiedziała, który jest który, choć jednakowi byli: w garniturach, w krawatach, bez karków, łysi, z wypchanymi marynarkami.

– Jak ta matka…

– Jaka matka?

– No ta, którą pytają: ile pani ma dzieci? – Pięcioro. – Ile dziewczynek? – Pięciu chłopców. – Jak mają na imię? – Józef. – Wszyscy? – Tak. – Jak pani na nich woła? – Gdy wołam na obiad, to Józef i wszyscy przybiegają. – A jak chce pani, żeby jeden z nich przyszedł? – To wołam po nazwisku…

– No, i co pan teraz zrobi?

– Co mam zrobić. Mam autocasco, to jakoś pokryję. Tylko udział własny trzeba będzie zapłacić.

– Ale przecież cały udział tej baby był!

– Ano, w życiu, panie Eustachy, zawsze jest jakiś udział własny. Nawet, jak pan sobie jakąś władzę demokratycznie, dajmy na to wybiera. To potem ona rządzi w pana imieniu, ale z pańskim udziałem własnym. Nie ma przeproś…

– Tak sobie nieraz myślę panie Kazimierzu, że życie jest jak bank. Niby można brać, ile dusza zapragnie. Ale zawsze na końcu jest gabinet prezesa, który tę wolność człowieka ubiera w jakiś kaganiec.

– Nie bardzo chwytam…

– Bo to żydowski dowcip… Znaczy mądry. Słuchaj pan:

Dzwoni Rabinowicz do banku: – Czy to prawda, że dajecie kredyty na słowo honoru?

– Tak.

– Przecież to śmieszne! A jak was oszukam?

– Wtedy stanie pan przed swoim stwórcą i będzie panu wstyd.

– Ha, kiedy to będzie!

– Piątego pan nie odda, szóstego pan stanie.

Szaser