Wieńczysław Gliński MIESZKANIEC NR 20/1996

Któż nie zna Go z ekranów telewizyjnych, kinowych, z radia i przede wszystkim – z teatralnej sceny! Wieńczysław Gliński – wybitny aktor jest naszym mieszkańcem. Mistrz przyjmuje nas w swoim mieszkaniu, uroczo staroświeckim, pełnym pamiątek, skórzanych mebli.

– Przede wszystkim witam serdecznie, pozdrawiam w imieniu mieszkańców, wielbicieli pańskiego talentu i rzecz jasna redakcji „Mieszkańca”. Może zaczniemy od początku, czyli od pańskiego dzieciństwa. Czy Pan od zawsze jest warszawiakiem?

– Od zawsze raczej nie, ale od 1934 roku. A przedtem zwiedzałem całą Polskę.

– Jako dziecko?

– Tak. Mój tata był aktorem, a wiadomo, że życie aktora było trochę takie cygańskie, wypełnione przenosinami z miasta do miasta, z teatru do teatru.

– Pana tata był aktorem, a więc jest to zawód rodzinny?

– Tak, ale tylko w tych dwóch pokoleniach. Na mnie ten zawód się urwał, bo córka poszła trochę inną drogą.

– Mieszka Pan na Saskiej Kępie. Od jak dawna?

– Od 1965 roku. Przedtem mieszkałem w Śródmieściu, a jeszcze przedtem, tuż po wojnie, na ul. Wileńskiej. Jeśliby się jeszcze dalej cofnąć, do 1934 roku, od którego zaczął się mój pobyt w Warszawie – mieszkałem na ul. Kopernika. Słowem przewędrowałem całą Warszawę, aż w końcu osiadłem na Saskiej Kępie i zapewne więcej nie będę się przeprowadzał.

– Wróćmy do pańskiego zawodu. Czy bakcylem aktorstwa zaraził się Pan od ojca?

– Zapewne tak. Przecież od wczesnego dzieciństwa poznałem życie teatru od kulis. Z mamą wychodziliśmy po tatę zawsze pod teatr; chadzałem do niego za kulisy, byłem zżyty z teatrem, jego atmosferą. Oglądałem często przynajmniej część przedstawienia, zawsze się garnąłem do starszych aktorów, słuchałem różnych ich wspomnień i opowieści teatralnych, podpatrywałem ich, słowem – od wczesnego dzieciństwa to był mój świat, w którym żyłem i który przeżywałem z dużą ciekawością. Mogę powiedzieć, że już wtedy byłem urzeczony sztuką aktorską. W dzieciństwie fascynująca była ta możność przebierania się, przekształcania w inną osobę itd. Jak to przeżywałem, mogę przytoczyć wspomnienie z czasu, kiedy miałem 5 lat. To było we Lwowie. Z mamą siedzieliśmy w pierwszym rzędzie na przedstawieniu, które było przeróbką czy adaptacją „Powrotu Taty” Mickiewicza. Mój tata grał kupca i kiedy w pewnym momencie zbójcy napadli na mego tatę, zerwałem się z miejsca i krzycząc chciałem go bronić. Było to zabawne, wywołało śmiech i poruszenie, a mama musiała mnie uspokajać. A kiedy miałem 7 lat, bywałem na próbach „Otella”, którego grał mój tata. Potem, w domu przebierałem się w prześcieradło (tata grał ubrany na biało) i starałem się odtwarzać sceny z prawdziwego przedstawienia, podduszając koleżanki na podwórku. Potem już były teatrzyki amatorskie, szkolne. W 1939 roku złożyłem papiery w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, wybuchła wojna i PIST „zszedł do podziemia”, czyli rozpoczął konspiracyjne nauczanie. I tak właśnie, w rozmaitych mieszkaniach bądź profesorów lub uczniów studiowałem z kolegami i ukończyłem studia teatralne.

– Studiując w „podziemiu” musiał się Pan zetknąć z gronem znakomitych wychowawców i zespołem kolegów, którzy wywodzą się z tamtych czasów?

– O tak. Poczynając od Stanisława Stanisławskiego, poprzez Stanisławę Wysocką. Turowicza, Mierczyńską, Wiercińskiego i jego żonę, Marię, tak, to była cala plejada wybitnych aktorów-wychowawców, wielkich postaci przedwojennego teatru. Z moich ówczesnych kolegów, niestety parę osób już nie żyje, inni nadal działają np. Andrzej Łapicki. Można powiedzieć, że podziemny PIST przysporzył kulturze polskiej parę dobrych nazwisk. Zresztą podobnie było w innych dziedzinach kultury. Nie był to dla niej okres stracony.

– Po wojnie, w jakim teatrze Pan „zakotwiczył”? Bo wiadomo, że w związku ze zburzeniem Warszawy, przeważnie zaczynano w Łodzi, która w pierwszym okresie pełniła rolę stolicy.

– Tak. Od przed wojny byłem związany z Teatrem Polskim, od 1935 roku grywałem tam w paru sztukach. Kiedy wróciłem z obozu, bo po Powstaniu Warszawskim dostałem się do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, więc gdy wróciłem do Warszawy, szukałem rodziców, mojego domu, który okazał się zniszczony i wówczas spotkałem Arnolda Szyfmana, który już zaczynał działać. I okazało się, że nasz Teatr Polski na szczęście prawie że ocalał, bo podczas walk mieściła się w nim jakaś placówka niemiecka, więc tylko dosyć powierzchowne szkody poniósł budynek teatralny. To było szczęście w nieszczęściu: naokoło wypalone, zrujnowane domy, całe dzielnice, a ten gmach ocalał. Zresztą pięknie odrestaurowany stoi do dziś. Jednak najpierw udałem się do Łodzi, bo stamtąd dostałem wiadomości o rodzicach. Tam od razu Henryk Szletyński wziął mnie do Teatru Miejskiego, dosyć zresztą dziwnego, bo bez własnej sceny, gdyż jego scenę zajął Teatr Wojska Polskiego, więc graliśmy na innych scenach. Ale tam też spotkałem większość koleżanek i kolegów z Teatru Polskiego w Warszawie. Równocześnie zwrócono się do mnie z Syreny i właśnie w Syrenie zacząłem na dobre swoją karierę teatralną po wojnie. Ale jeszcze przed końcem 1945 roku, gdzieś w październiku Arnold Szyfman ściągnął swoich aktorów do Warszawy i tu już zostałem do dziś.

– I zawsze przede wszystkim Teatr Polski?

– Tak. Oczywiście, jak to mężczyźni, miałem “skoki w bok”, ale zawsze wracałem do mojego teatru. Jednak grywałem i w Teatrze Komedia i w Narodowym i w niemal wszystkich znaczących w powojennych latach kabaretach…

– Z jednej strony aktor dramatyczny, z drugiej komediowy. Który rodzaj sztuki Pan preferuje?

– Chyba można powiedzieć, że jestem bardziej aktorem dramatycznym niż komediowym, ale ja bardzo lubię komedię i stąd moje flirty z tym gatunkiem sztuki. Zresztą uważam, że grać komedię to nie jest łatwa rzecz i choć trudno porównywać z dramatem, to jednak potrzeba sporo wysiłku.

– I talentu.

– Talent jest potrzebny do wszystkiego, co się robi z pasją i zaangażowaniem. W każdym razie ja miałem możność wypróbowania się w różnych rodzajach sztuk i w różnych – jak dziś mówią – mediach czy środkach wyrazu: w teatrze dramatycznym, komediowym, kabarecie, filmie, radiu i telewizji.

– Spośród tych środków prezentacji aktorskiej, który Pan lubi najbardziej?

– Teatr jest samym sednem mojego zawodu. Ale poza tym to jednak najbardziej cenię radio. Tu aktor ma możliwość takiego prezentowania tekstu, że zmusza słuchacza do myślenia, uruchamiania wyobraźni, a więc uczestnictwa, a nie tylko patrzenia na ekran telewizyjny czy filmowy. Lubię radio i jestem z nim serdecznie związany od wielu, wielu lat.

– Jeszcze jedno, już nie o aktorstwie. Pańskie miejsce na Ziemi. Czy Warszawa jest tym ukochanym miejscem?

– Zawsze kochałem trzy miasta: Lwów, Wilno i Warszawę. Do dwóch pierwszych już przecież nie wrócę, natomiast została Warszawa jako wielka, trwała i chyba już ostateczna miłość.

– A to miejsce w Warszawie, w którym Pan żyje – Saska Kępa?

– To piękne, dobre i spokojne miejsce. Mogę powiedzieć, że jest to moja ulubiona przystań.

– Dziękuję i życzę jeszcze wielu udanych ról, a także nieustannej sympatii publiczności, którą zresztą Pan zawsze się cieszył.

– Dziękuję.

Rozmawiał: Stanisław Goszczurny


Wieńczysław Gliński (ur. 10 maja 1921 w Astrachaniu, zm. 8 lipca 2008 w Warszawie) – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, artysta kabaretowy, pedagog. W 1959 przyznano mu tytuł Najpopularniejszego Aktora Polskiego Filmu (Czytelnicy „Kuriera Polskiego”). W plebiscycie „Expressu Wieczornego” na najpopularniejszego aktora telewizyjnego w 1962 został laureatem Złotej Maski, a pięciokrotnie Srebrnej Maski (1961, 1963, 1964, 1965, 1967). Źródło: wikipedia.pl