Z Gocławia na szczyt Do Góry Kulami

Ewa Harapin mieszka na Gocławiu, na Pradze Południe. Kocha to miejsce za zieleń i infrastrukturę, która jest zupełnie inna niż w centrum miasta – „lżejsza” i przyjaźniejsza mieszkańcom. Najlepiej czuje się nad jeziorkiem Balaton, a jedyne co ją irytuje, to zbyt duży ruch na ulicach. Pracuje w Fundacji Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową. I nie jest to przypadek, bo sama przeszła wiele. Pokonała podstępnego przeciwnika, jakim jest nowotwór i teraz swoje życie poświęca na to, by pomagać najmłodszym w tej ciężkiej walce, nie tylko na co dzień w pracy.

Trwają przygotowania do górskiej wyprawy, która jest wielką akcją charytatywną. Wspólnie z Klaudią Knieją, dzięki akcji „Do Góry Kulami” Ewa chce zebrać 78 tys. złotych na wózki sensoryczne dla dzieci chorych na raka, leczących się w Klinice Przylądek Nadziei. Jak podkreśla, nie chodzi tylko o pieniądze na sprzęt, bo ważne jest też to, żeby najmłodszym, walczącym z tą chorobą, pokazać na jej przykładzie (jako osoby wyleczonej z choroby nowotworowej w wyniku, której straciła nogę), że po tej ciężkiej walce też można realizować marzenia.

Do Góry Kulami, czyli?

– Sama akcja ze strony praktycznej polega na tym, że wejdziemy na Szpiglasowy Wierch (2 171 m n.p.m.) w Tatrach Wysokich na początku września. Dla mnie będzie to wyzwanie, ponieważ nie mam nogi i poruszam się za pomocą kul i w taki sposób chcę tam wejść. Wyzwanie podzieliłyśmy na 4 dni, w tym drugiego dnia wejdziemy na Szpiglasowy Wierch.

Czy przygotowujesz się w specjalny sposób do chodzenia po górach? Używasz protezy?

– Czuję się przygotowana, od 2 lat trenuję wyciskanie sztangi leżąc. Moje ręce są silne i potrafią dużo znieść. Ostatnio razem z Klaudią zrobiłyśmy sobie mały test i wybrałyśmy się w Tatry. Pierwszego dnia doszłyśmy nad Morskie Oko, a drugiego zaatakowałyśmy Czarny Staw pod Rysami. Byłam naprawdę zdumiona, że pomimo dużego zakwasu, jakiego nabawiłam się wcześniej na treningu, miałam w sobie tyle siły i determinacji, że bez problemu udało mi się zdobyć te cele. Na co dzień nie używam protezy. Przez długi czas poruszałam się za jej pomocą. Nie potrafiłam bez niej żyć, jednak w pewnym momencie mojego życia wszystko się zmieniło. Teraz zauważyłam, że bez protezy czuję się bardziej sprawna i to mi się podoba!

– Czy nie obawiasz się trudów chodzenia po górach?

– Obawy oczywiście są, ale po moim ostatnim sprawdzianie wiem, jak muszę się zachowywać w górach, żeby czuć się bezpiecznie. Muszę być skupiona na tym, jak stawiam kule, żeby bezpiecznie zrobić kolejny krok. Poza tym nie idę sama, moim wsparciem będą ludzie, którzy w razie potrzeby na pewno mi pomogą, wśród nich moja przyjaciółka Klaudia, z którą poznałam się na imprezie charytatywnej. Ona już od dłuższego czasu śledziła moje poczynania na Instagramie. Widziała mój martwy ciąg (podnoszenie ciężarów – red.), który wykonuję na jednej nodze. To bardzo ją zaciekawiło. Los tak chciał, że podczas tej imprezy zauważyła mnie i od razu podeszła bliżej, żeby się przedstawić. Wtedy pierwszy raz w życiu poznałam swoją „fankę”, a teraz wspaniałą przyjaciółkę, z którą mogę robić coś naprawdę wielkiego!

W akcji chodzi o coś więcej niż o zbiórkę pieniędzy.

– Zdecydowanie. Ta akcja ma pokazać przede wszystkim dzieciom leczącym się onkologicznie, że największą siłę, jaką mają, to ta, która znajduje się w ich wnętrzu. Chcemy pokazać, że bariery, jakie spotykamy na swojej drodze, można przełamać. Tą akcją chcemy ich wesprzeć, dać motywację do walki z rakiem i pokazać, że my jesteśmy obok. Rozumiem ich ból i trud, jaki muszą codziennie pokonywać, ale wierzymy w to, że się uda i jeszcze po wygranej walce będą „przenosić góry”.

Poza tym zbieramy pieniądze na wózki sensoryczne, które mają duży wpływ na rozwój dziecka.

Wózki sensoryczne Snoezelen to mobilna Sala Doświadczania Świata, którą można przenieść do każdego miejsca. Przez to, że dzieci muszą długi czas przebywać w szpitalu i nie mają kontaktu z światem zewnętrznym, potrzebują bodźców, które będą ich stymulowały. To jest bardzo ważne. Takie wózki potrafią choć na chwilę przenieść dzieci w inny, kolorowy i bezbolesny świat. To wpływa na ich cały proces leczenia. Bo oprócz wsparcia farmakologicznego, bardzo ważne jest to wsparcie psychiczne.

A jak ty poradziłaś sobie z leczeniem onkologicznym?

– To był bardzo ciężki okres w moim życiu. Miałam wtedy 12 lat, a już musiałam zmierzyć się z największym wyzwaniem. Ciężko było mi się pogodzić z tym, że muszę przechodzić przez taką chorobę. Przez długi czas mojego leczenia musiałam leżeć w gipsie – zagipsowana po sam pas. To uniemożliwiało mi poruszanie się. Miałam 12 lat, a czułam się jak przedszkolak, który był uzależniony od pomocy drugiej osoby. To było dla mnie bardzo ciężkie przeżycie. Jednak zawsze miałam wsparcie najbliższych, wolontariuszy i przyjaciół, którzy byli przy mnie w tym trudnym momencie mojego życia. Gdy myślałam, że najgorsze już za mną, okazało się, że nowotwór nie daje za wygraną. Oprócz zwykłej operacji wycięcia guza, musiałam mieć amputowaną całą prawą nogę. Załamałam się. Byłam zła na cały świat, nie rozumiałam, dlaczego to wszystko musi spotykać akurat mnie. Jednak wiedziałam, że nie było innego wyjścia z tej sytuacji. Z jednej strony cieszyłam się, że zacznę nowy etap mojego życia. W końcu będę mogła zobaczyć podłogę z zupełnie innej perspektywy, usiąść czy pójść sama do toalety. Cieszyłam się, że po tylu miesiącach leżenia, w końcu mogłam na nowo nauczyć się chodzić.

Czy dużo osób wsparło dotychczas waszą inicjatywę?

– Tak, dużo osób zaangażowało się w akcję. Czasami są to osoby, których nawet nie prosimy o pomoc, a same potrafią się odezwać i tę pomoc zaoferować. To jest piękne, że wspólnie możemy tę akcję tworzyć, ponieważ bez tych wszystkich ludzi o dobrych i pięknych sercach akcja by nie istniała.

Janek Mela mówi, że gdyby nie niepełnosprawność, piłby na ławce spirytus. Jak widziałabyś swoje życie bez niepełnosprawności?

– Może za dobrze to nie zabrzmi, ale jestem zadowolona z tego, jakie mam życie. Pogodziłam się z niepełnosprawnością. To, czego doświadczyłam, ukształtowało mój charakter. Zupełnie inaczej patrzę na życie, na ludzi i na świat. To wbrew pozorom dało mi siłę, motywację do tego, że jestem świadoma tego, że mogę zrobić coś znaczenie więcej. Spotykam na swojej drodze wspaniałych ludzi. Mam cudownego chłopaka. Mam nadzieję, że w przyszłości męża. Jestem inspiracją dla wielu osób. Jak można tego nie doceniać i się nie cieszyć? Jestem szczęściarą pomimo nieszczęścia, które mnie spotkało.

Masz jakiegoś idola, wzór do naśladowania?

– Nigdy w swoim życiu, nawet jako dziecko, nie miałam osoby, z którą się utożsamiałam. Tak samo zostało do dziś. Nie mam konkretnej osoby. Obserwuję po prostu innych i od każdego uczę się czegoś nowego i czerpię motywację do działania.

Czy niepełnosprawność poważnie utrudnia Ci życie?

– Na co dzień żyję i funkcjonuję całkiem normalnie. Jeżdżę autem, robię zakupy, sprzątam, gotuję, pracuję. Robię wszystko to, co robi każdy. Niektóre czynności po prostu robię według wcześniej wypracowanych przeze mnie schematów, które mi to ułatwiają.

Jakie rady dałabyś osobom chorym na raka, które tracą nadzieję na wyzdrowienie?

– Tutaj nie ma cennej rady. To jest bardzo ciężki temat. Każdy oprócz raka zmaga się też z innymi problemami dnia codziennego. Dlatego tak ważne jest wsparcie najbliższych, którzy będą potrafili nas wspierać nawet w najgorszych sytuacjach. Motywujące mogą być inne inspirujące historie osób, które walczyły z rakiem, a teraz żyją normalnie. Warto jest też postawić sobie realny cel i marzenie, które będzie mogła ta osoba osiągnąć, jak już wyjdzie z choroby. To też może być dużą motywacją do tego, żeby jednak powalczyć o swoje życie.

Jak można dokładnie wesprzeć akcję. Gdzie można wpłacać pieniądze?

– Wszystkich zainteresowanych akcją zapraszamy na stronę „siepomaga”, gdzie można wpłacać pieniądze na zbiórkę. Link do zbiórki: www.siepomaga.pl/dogorykulami. Dodatkowo zapraszamy na wydarzenie na Facebooku pod nazwą „Do Góry Kulami.” Tam codziennie publikujemy informacje związane z akcją oraz dajemy się poznać naszym odbiorcom, żeby mogli lepiej zrozumieć cel akcji „Do Góry Kulami”. Do współpracy zapraszamy również firmy. Jesteśmy otwarte na rozmowę i współpracę. Każdy może przyczynić się do pomocy dzieciom chorym na raka.

Bierzesz pod uwagę to, że akcja może się nie udać? Nie zbierzecie odpowiedniej sumy pieniędzy albo wyprawa górska się nie powiedzie?

– Ja ze swojej strony zrobię wszystko, żeby wyprawa się odbyła. Nawet, jeśli w tym terminie się nie uda, to zrobię to tydzień później lub miesiąc później. Mam świadomość tego, jakie panują obecnie warunki na świecie, dlatego jeśli będzie taka potrzeba, to poczekam, ale zrealizuję zaplanowany cel. Jeśli chodzi o zbiórkę pieniędzy, to po prostu wierzę, że się uda. Cały czas robimy wszystko, żeby te pieniądze spływały na zbiórkę. Jeśli będzie taka potrzeba, to przedłużymy zbiórkę. Mam jednak nadzieję, że ludzie się przyłączą i wspólnie uda nam się osiągnąć cel i pomóc małym wojownikom z Przylądka Nadziei.