Zajączek, wilk i niedźwiedź

– Alleluja i do przodu, panie Eustachy!…

Stały bywalec bazaru na pl. Szembeka, Kazimierz Główka, jak zwykle z radością spotkał tutejszego kupca, Eustachego Mordziaka, który uwijał się przy jakiejś przystojnej klientce.

– Dzień dobry, dzień dobry – odpowiedział Eustachy, skasowawszy uprzednio należność za gustowne damskie co nieco.

– Ładna „baba”, że tak powiem wielkanocnie.

– Babeczka raczej. Powiem panu, że to jest jeden z tych niewielu powodów, które jeszcze trzymają człowieka w tej robocie. Zarobić nie jest łatwo.

– Ale przed świętami, to daj Boże zdrowie, jak to mówią.

– Przed świętami tak, nie można narzekać. Tylko, co między, że tak powiem.

– Tylko patrzeć, jak to centrum otworzą, to Europa będzie, zobaczy pan.

– Oby, oby. A pan, panie Kaziu, na przedświąteczne zakupy…

– Tak, jakby. Wie pan, ja patriota bazarowy jestem, bo dzieci, to raczej do Auchan biegają, do Kauflandu, Biedronki.

– Można powiedzieć – „marketowa klientela”. „Markowa” przychodzi do nas.

– A ogólnie, jak nastrój, że pozwolę sobie zapytać. Bo ostatnio najlepiej z tym nie było.

– Panie Kaziu, kupiec jest jak wędkarz – wystarczy, żeby złapał byle co, to jest szczęśliwy, ale jak siedzi i siedzi, i nic, to najspokojniejszego szlag trafi. Nic mu się wtedy nie podoba.

– Teraz lepiej, jak „się podoba”.

– Czyżby mnie pan wciągał w politykę? W Wielkim Tygodniu?

– Polityka, jak choroba – nie wybiera. Dopada człowieka na każdym kroku. Weź pan naszego prezydenta kochanego. Na narty chłop chciał pojechać, to go na starej oponie powieźli.

– Co pan powie? Nie śledziłem tego jakoś tak przesadnie, to niewiele wiem. Tylko tyle, że kierowca pana prezydenta to jakiś artysta był, żeby nie on, to nie wiadomo, jak by się ta wycieczka skończyła.

– To pan – pardon – nic nie wie. Okazało się, że ta opona była już w magazynie opon do zniszczenia, a mimo to ktoś ją na koło panu prezydentowi założył. Kierowca też sygnały ostrzegawcze ignorował.

– To kaszana, panie Kaziu! Jakaś paranoja. Tak może oszczędzać jakiś niedzielny kierowca, ale nie, za przeproszeniem, państwo!

– No, niestety. Ale nie wie pan, jak to u nas jest? Masz pan kogoś, kogo trzeba tam, gdzie trzeba, to każdą robotę panu załatwi.

– I powiem panu, panie Kaziu, że pod tym względem, ci, co teraz rządzą rację mają, że czyszczą do spodu. Dosyć tego!

– Panie Eustachy, pan to jest szczera dusza. I, przepraszam za pardon, łatwowierna. Już stary Lejzorek Rojsztszwaniec mawiał, że jak zwalniają będą przyjmować. A jak przyjmują, to oczywiście decydują umiejętności, ale – jak zawsze – nie tylko.

– Bardzo przepraszam, panie Kaziu: albo – albo. Albo umiejętności, albo nie tylko. Albo pan coś wie, albo pan tak tylko gada, żeby gadać. Święta są, prawdę trzeba mówić.

– To może wytłumaczę to panu przy pomocy opowiastki. Ona na święta Wielkanocne jest w sam raz:

Idzie zajączek przez las i niesie pod pachą teczkę. Spotyka go wilk i pyta:

– Co tam niesiesz?

– Swoją pracę magisterską.

– Na jaki temat?

– „Zając najgroźniejszym zwierzęciem w lesie”.

– Kpisz chyba!

– To chodź za krzaczek!

Wpadają za krzaczek, słychać straszliwy łomot, skowyt. Po chwili wilk wypada z obłędem w oczach, sierść prawie zdarta… Za nim wychodzi zając, a za nim niedźwiedź. Misio poklepuje zająca po plecach i mówi:

– Widzisz zajączku! Nie jest ważny temat pracy magisterskiej, tylko promotor…

– Wesołych Świąt, panie Eustachy.

Szaser