Flauta

– Flauta, panie Eustachy, nie ma co… – Pan Kazimierz Główka zdawał sobie sprawę, że to nie jest konstatacja miła dla pana Eustachego Mordziaka, kupca bieliźnianego z bazaru „Szembeka”. Nie zwykł jednak mówić, że coś jest białe, jak było zdecydowanie czarne…

– Flauta, czyli co? – Eustachy nie od razu pokojarzył, o co chodzi.

– Zastój, znaczy się. Flauta na jeziorze oznacza, że nie ma grama wiatru. W żagle możesz pan sam sobie dmuchać. I albo trzeba stać na kotwicy Bóg wie dokąd, albo na pagajach – takich niby wiosłach – dociągnąć do jakiegokolwiek brzegu, byle piwo tam było. Bo, panie Eustachy, na flautę nikt nic lepszego od piwa nie wymyślił…

– A potem, co – jak pęcherz przycisnęło, to do jeziora? Pięknie. Mazury – nasza perła… obsikana wzdłuż i wszerz.

– No, owszem – pod tym względem dobrze nie jest, ale znacznie się poprawiło, powiem panu. Zresztą wszędzie. Weź pan szalet na pl. Szembeka. Długo go rychtowali, to prawda, ale teraz kulturka. Czysto, schody pozamiatane, podłogi wymyte, dla słabych w nogach – winda. Czynna na dodatek. Tu panie, tam panowie, a jeszcze tam – niepełnosprawni na wózkach. I wszystko ze free.

– Znaczy?

– Za darmo!

– Ja cię kręcę – jak nie u nas… Ale i na bazarze też się zmieniło! Wchodzisz pan – światło się zapala, wentylatory wentylują, wszystko świeżo umyte, mydło w dozownikach, ręczniki w zasobnikach, papier, gdzie być powinien…

– Ale od niedawna babka klozetowa siedzi pod drzwiami i płacić sobie każe! To chyba jedyna taka galeria handlowa w okolicy, gdzie toaleta płatna jest.

– We wszystkich nie byłem, ale i u nas, jak kupiec przychodzi, czy dajmy na to klient i powie, że jest klientem, to za darmo wchodzi. Sam słyszałem.

– A gdzie indziej nic nie trzeba mówić. Bo nie ma do kogo – babki klozetowej nie ma.

– Wiesz pan z czego to się wzięło? Bo przecież na początku i tu było za darmo.

– No, z czego?

– Ano z tego, że jak tylko bazar rano otwierali, to zaraz wszyscy „badacze życia” – z działek, klatek schodowych, piwnic, z całej okolicy schodzili się do naszej toalety, do naszych umywalek i rychtowali się do dnia. Co oni sobie tu upatrzyli? Fakt faktem – nasze toalety miast pełnić funkcję usługową dla klientów, którzy na bazarze zostawiają pieniądze, zaczęły pełnić rolę przybytku miejskiego dla wszystkich. Dlaczego oni nie chodzą do miejskiej toalety, tylko przychodzą tu – nie zgłębiłem tego jeszcze.

– Chyba już nie przychodzą, skoro babka siedzi pod drzwiami…

– Jednak problem pozostał, bo może oni nie są zbyt apetyczni, nadmiernie pociągający, a nawet niektórzy całkiem są nie do przyjęcia, to jednak ludźmi być nie przestają. Nawet jak są brudni i niezbyt ładnie pachną, mają swoją godność za przeproszeniem.

– No i popatrz pan panie Eustachy, o czym my rozmawiamy?

– Bo to wszystko przez tę flautę, mówię panu. Jak klientów nie ma, to człowiek sam nie wie, co mówi i o czym…

– Co mi przypomina pewien dowcip. Wojskowy zresztą. Oficer spojrzawszy gniewnie na szeregowca mówi prawie krzycząc:

– Przy waszym mundurze brak jednego guzika.

– Panie poruczniku – dziwi się szeregowy – czy pan naprawdę nie ma innych zmartwień?

Szaser