Kapela co Chopina gra

Rozmowa z Czesławem Jakubikiem – akordeonistą, piosenkarzem, tekściarzem, twórcą i liderem Kapeli Praskiej, która w tym roku obchodzi jubileusz 30-lecia.

– Panie Czesławie, choć kapela nazwą nawiązuje do Pragi, to początki były w Rembertowie..?

– Tak, to była końcówka lat 80. ubiegłego wieku. Dyrektor Domu Kultury „Rembertów” dała do którejś z gazet notkę, że chce u siebie stworzyć kapelę. Ja wtedy, razem z kolegą, Edkiem Dolanowskim, chodziliśmy po warszawskich ulicach i amatorsko sobie graliśmy. Pojechaliśmy więc z Edziem do Rembertowa, aby się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi.

– Zapewne trzeba było dać próbkę swoich umiejętności?

– Pokazaliśmy, jak gramy i musieliśmy się spodobać, bo odpowiedź była taka, żeby kompletować kapelę. I ściągnąłem Pawła Popławskiego i Zbyszka Pogorzelskiego, a później Marka Grużewskiego. Dokompletowaliśmy też syna Edzia, młodego wówczas Rysia. No i zaczęliśmy grę.

– Jeszcze nie jako Kapela Praska, ale Kapela Nowa z Rembertowa…

– Tak, nazwę zmieniliśmy dość szybko. Było tak, że do Przemyśla na Ogólnopolski Festiwal Kapel Podwórkowych daliśmy wcześniej zgłoszenie pod starą nazwą, ale jak przyszedł czas festiwalu, to już graliśmy jako Kapela Praska. To było w 1991 roku.

– W tym samym roku powstało nasze czasopismo…

– Tak, Wiesio Nowosielski założył „Mieszkańca” i każdego roku organizował takie spotkania integracyjne, na których graliśmy Warszawę.

– Na tym festiwalu w Przemyślu przyznano Wam Grand Prix. Jeśli chodzi o laury, to trzeba przyznać, że macie w dorobku imponującą liczbę nagród i pierwszych miejsc na różnego rodzaju przeglądach i festiwalach…

– Jeździliśmy po całej Polsce i faktycznie, chyba tylko kilka razy nie znaleźliśmy się w ścisłej czołówce. Festiwale w tamtych latach miały niesamowitą atmosferę. A gdziekolwiek się pojawialiśmy, to byliśmy witani z prawdziwą radością i olbrzymią sympatią – „O, Warszawa przyjechała!”. Teraz już nie ma takiej atmosfery.

Skład zespołu Kapela Praska: Ryszard Dolanowski (gitara, banjo, śpiew), Marek Grużewski (kontrabas), Czesław Jakubik (kierownik kapeli, akordeon, śpiew), Zbigniew Pogorzelski (instrumenty perkusyjne, śpiew), Paweł Popławski (skrzypce, śpiew).

– Niech mi Pan powie szczerze, Panie Czesławie, czy to, że prawie zawsze wygrywaliście, było zasługą Kapeli, czy wynikało z popularności warszawskiego folkloru?

– Oczywiście Kapeli. My muzycznie właściwie byliśmy nie do pokonania.

– Wspomniał Pan o bardzo ciepłych powitaniach Kapeli Praskiej na gościnnych występach, czyli Wasz przykład potwierdza, że „Warszawa da się lubić”..?

– Da się lubić i zawsze była, i jest lubiana. Jak na przykład jedziemy na występy do Mławy, to oni tak się cieszą z naszego przyjazdu, jakby… jakby byli z Warszawy. A co ciekawe, to widzę, że o ile wcześniej młodzież nie bardzo gustowała w tym typie muzyki, to teraz to się zmienia. Chyba mają przesyt głównych nurtów. A my odnotowujemy wzrost fanów w wieku poniżej 30 lat. To cieszy.

– Wasz repertuar nie ogranicza się tylko do dawnych utworów, warszawsko-praskich szlagierów, ale pisze Pan nowe teksty i komponuje nowe kawałki…

– Te dawne piosenki mają swój urok. Można o nich powiedzieć, że są wieczne. Przecież zarówno Grzesiuk czy Stępowski to postacie, które długo jeszcze będą obecne w pamięci warszawiaków. A nasze nowe? No, układam i śpiewamy. A niech tam i po nas jakiś ślad będzie…

– Dawne warszawskie piosenki powstawały jednak trochę w innym klimacie…

– Tak, te moje chłopaki czują Warszawę, ale już nie ma takich zachowań jak kiedyś. Choćby takich, żeby sobie iść po nocy uliczkami grać… Tak jak chodziliśmy dawniej z Edziem. Ja na „katarynie”, a Edek na banjo. I lufka jakaś po drodze się trafiła…

– Jak mówią bracia Czesi – to se ne vrati..?

– Raczej już nie. Staliśmy niedawno przy Bazarze Różyckiego, bo miała telewizja przyjechać, i mówię do swoich chłopaków, żebyśmy zagrali, a oni na to, że chyba zwariowałem, bo zaraz przyjedzie straż miejska i nas zgarnie… Lubię swoich chłopaków, ale to już nie jest ta krew.

Fot. archiwum Kapela Praska

– A miał Pan kiedyś tego typu problemy?

– Faktycznie zdarzyło się, ale bardzo dawno. Byłem wtedy w wojsku. W Śródmieściu, przed „Domem Chłopa”, była impreza i ludzie wychodzili o pierwszej w nocy. Miałem akordeon i jeden z tych gości namówił mnie, abym grał. Milicja patrzyła, nie powiem, ostrzegli mnie, ale grałem dalej. I podjechało „lublinkiem” WSW i zgarnęło mnie i czterech kumpli. Posiedzieliśmy trochę… Ale to wszystko należy do życia. A teraz moje chłopaki się trochę boją, choć im mówię: Jaka straż miejska? Za co? Że Warszawę gramy dla ludzi? I co, głowę nam urwą za to?

– Ma Pan jakąś ulubioną piosenkę?

– „Czarną Mańkę”. Chłopaki nie bardzo chcą ją grać, bo mówią, że dałem tam 25 funkcji i kto to wygra? Ale ona ma niezwykły urok.

– Zapytałem „Pana chłopaków” jakim jest Pan człowiekiem. Powiedzieli, że fantastycznym, ale z bardzo trudnym charakterem. To prawda?

– Możliwe. Pewnie dlatego, że jestem nieustępliwy. Jak coś postanowię, to muszę to zrealizować. Gdyby tak nie było, to pewnie byśmy się dawno rozpadli.

– Ponoć swego czasu zagraliście Chopina. Jak to było?

– Przed zjazdem organizatorów Konkursu Chopinowskiego w Zegrzu jeden z nich zapytał, czy mamy w repertuarze coś Chopina. „A słyszał pan, żeby którakolwiek kapela grała Chopina?” – zapytałem go retorycznie. Ale potraktowałem to ambicjonalnie. Dwa miesiące pracowałem nad kompozycją, bo to nie takie proste – trzeba dopracować funkcje na skrzypce, akordeon, przejścia na kontrabasie… No i udało się. Na zjeździe zagraliśmy Poloneza As-dur. I mieliśmy owacje na stojąco. Nigdy żadna kapela w Polsce nie zagrała Chopina. My jedyni daliśmy radę.

– Niby dżentelmeni o tym nie rozmawiają, ale zapytam – da radę wyżyć z takiego grania?

– Nie, teraz już nie. Kiedyś, jak się grywało jeszcze w knajpach, to można było, ale teraz nie. Ja co prawda nie grywałem w knajpach, bo nie chciałem. W takim lokalu obowiązkowo trzeba było się napić, a ja i owszem, lubię gorzałkę, ale nie codziennie.

– Czyli każdy z Was, prócz muzykowania, musi jeszcze pracować?

– No tak. Ja jestem na emeryturze, ale dorabiam jako serwisant. Marek pracuje w firmie przewozowej, Zbyszek jest listonoszem, Rysiek informatykiem, a Paweł robi w ubezpieczeniach. Prawda jest taka, że każde granie, to jest parę groszy, ale za mało, aby z tego żyć.

 

– Poza tym są koszty – choćby Wasze klimatyczne stroje…

– Prawda. Mamy ich trzy komplety. Organizujemy je we własnym zakresie. Ja kupuję materiał, a żona, która jest specjalistką od materiałów i odzieżówki, szyje nam kamizelki.

– Ale pewnie w materiały to już się zaopatrujecie w marketach, a nie na bazarach prawobrzeżnej Warszawy?

– No, na pierwsze i drugie kamizelki, to jeszcze kupowaliśmy na Stadionie Dziesięciolecia, a teraz to do Janek do hurtowni trzeba jechać. Trochę żal tych bazarów. A i „Różyc” jakiś okrojony jest.

– Niedawno w praskim Centrum Kreatywności przy ul. Targowej świętowaliście 30-lecie…

– Jubileusz był z fasonem. Muzycznie, tanecznie, no i były pyzy z Ząbkowskiej. A całą imprezę sfinansowaliśmy we własnym zakresie. Przez kilka miesięcy, każdy z nas odkładał jakieś pieniądze na jubileusz. Było warto.

Rozmawiał Adam Rosiński