Dḗmos i krátos

Oto półmetek wakacyjnych dni, które najmłodszym kojarzą się z beztroską i swobodą, a w miarę przybywania im lat z wakacyjnymi miłościami.

Ten lipiec już zawsze będzie nam się kojarzył także z nienawiścią.

Demokracja – ludzkość zna ją od ponad 2500 lat. Wiadomo, że „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”, ale jeszcze nie wymyślono lepszego systemu, mimo licznych prób zarówno teoretycznych, jak i praktycznych.

Konkretnie, to demokracja znaczy rządy ludu (gr. dḗmos lud, krátos władza), czyli ustrój, zakładający udział obywateli w sprawowaniu władzy.

Pierwszy opisał ją 2500 lat temu, ateński polityk, smutny pan z brodą, co wcale nie znaczy, że nie praktykowano jej o wiele, wiele wcześniej. Ale o tym dokumenty milczą.

Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, że my, naród, a dokładniej każdy z nas, kto ma prawo do głosowania, mógł wyrazić swoje preferencje, oddając głos na wybranego przez siebie kandydata. Najlepiej osobiście.

Demokracja jest dobrym sposobem na to, by ludzie się dogadywali. Ale nie musi. Dowód? Zacznijmy od „mikro demokracji”, czyli na przykład od podstawowej komórki społecznej. Od rodziny.

Różnie to bywa, u jednych rządy niepodzielnie sprawuje pan lub pani domu, u innych panuje totalny chaos, przypominający nieco jazdę bez trzymanki, ale u wielu królują zasady demokracji. Co to znaczy?

Ano, że o ważnych sprawach decydujemy wspólnie, od dylematu, dokąd na wakacje, po pytanie, u kogo Wigilia. Każdy może wyrazić swoje zdanie, jest wysłuchany przez innych. Choć czasem emocjonująca rozmowa przebiega z poszanowaniem pozostałych wypowiadających się i kończona jest przyjęciem zdania większości.

W naszej polskiej rodzinie w maju, czerwcu, a zwłaszcza w lipcu było inaczej. Demokracja pokazała swoje koślawe, chore oblicze: czy rozmawialiśmy ze sobą? Czy choć trochę przypominało to dyskusję?

Wręcz przeciwnie! Wrzaski, miotanie obelg (a komu szkodzi, że wyssanych z palca? byle głośno! jeszcze głośniej! jeszcze mocniej!) prowadzące do tego, że bardzo szybko przestaliśmy się nawzajem słuchać, a pogarda i nienawiść podniosły swoje ohydne łby i zawładnęły głowami.

To poróżniło wiele środowisk, wielu przyjaciół, a nawet dokonało rozłamu w niejednej rodzinie.

Co dalej? W zasadzie drogi mamy dwie: albo ochłoniemy i zaczniemy rozmawiać ze sobą normalnie (trudna droga), albo będziemy pielęgnować konflikty, urazy, rany na kolejne pokolenia, by wreszcie niechęć wzajemna wielu generacji być może nabrała odcieni komediowych, jak w konflikcie o miedzę Pawlaków i Karguli.

A tego chyba byśmy nie chcieli…