Ostatni taki Mistrz…

W19 Rybicki

Rozmowa „Mieszkańca” z Jerzym Rybickim, Mistrzem Olimpijskim w boksie (Montreal 1976 r.), brązowym medalistą IO Moskwa 80, brązowym medalistą Mistrzostw Świata i Europy.

– Szanowny Panie Jerzy, wszystkiego najlepszego w dniu urodzin (rozmawiamy 6 czerwca – przyp. ar.) od „Mieszkańca” i Czytelników! Panie Jerzy, jest Pan ostatnim polskim mistrzem olimpijskim w boksie. Z jednej strony, to powód do oczywistej dumy, ale z drugiej, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że od zdobycia przez Pana złota minie za miesiąc… czterdzieści lat, to trudno nie czuć pewnej goryczy, że przez cztery dekady nikt nie powtórzył takiego wyniku…

– Po pierwsze jest bardzo trudno w boksie zdobyć olimpijskie złoto. Trzeba być bardzo dobrym i mieć sporo szczęścia. Amatorskiemu boksowi bardzo zaszkodziły inne, nowe sporty walki. Jak tylko pojawi się obiecujący zawodnik, to go od razu ściągają na przykład na zawodowstwo do MMA. Kolejną przyczyną takiego stanu rzeczy jest kadra trenerska – za Sztamma trenerami zostawali wybitni pięściarze, którzy wiedzieli, o co chodzi w tej dyscyplinie. Trenerami byli m.in. Kulej, Pietrzykowski, Walasek, Drogosz, Paździor… Teraz często są to ludzie, którzy skończyli jakieś kursy i nikt ich nie zna jako bokserów. A boks znają z książek…

– Tak, kiedyś znało się nazwiska wszystkich najważniejszych bokserów, a ze współczesnych… konia z rzędem temu, kto wymieni kilku aktualnie walczących amatorsko pięściarzy…

– Ja sam mam z tym problem, chociaż „siedzę w branży”. Ale obawiam się, że o naprawdę dobre wyniki na olimpiadach będzie coraz trudniej. Za moich czasów, jak jechaliśmy na zgrupowania przed turniejami, to było nas często nawet po trzydziestu zawodników, a teraz na zgrupowanie jedzie… pięciu. A gdzie choćby sparingpartnerzy..? Przecież u nas, dziesięciu pierwszych zawodników mogła śmiało zastąpić druga dziesiątka rezerwowych, a teraz..? No i brak pieniędzy w amatorskim boksie. Trenerzy praktycznie nie dostają kasy, zawodnicy też nie bardzo.

– Współczesny boks, to olbrzymie pieniądze, a Wy walczyliście dla czystego sportu – żałuje Pan, że urodził się trochę za wcześnie?

– Pod kątem finansowym..? Pewnie trochę żałuję… Chociaż nie wiem, czy w tych czasach osiągnąłbym takie wyniki, jak wtedy. Jak ja chodziłem na „Gwardię” , to tam działała elita polskiego boksu z Kulejem na czele, a trenerzy – sama śmietanka – Szczepan, Walasek… To był najwyższy bokserski poziom i ja mogłem się od nich uczyć. Teraz, to w zasadzie nie ma nawet od kogo się uczyć…

– Śni się Panu jakaś walka?

– Nie, śnić mi się nie śni. Ja mam raczej taki niedosyt – nie zdobyłem Mistrzostwa Europy.

– Skoro tak, to może jakiś turniej dla seniorów..?

– Nie, coś takiego nie wchodzi w boksie w rachubę. Choćby poprzez inną odporność organizmu na ciosy. Walki pięściarskie wśród seniorów są zbyt niebezpieczne.

– Którą z walk wspomina Pan najczęściej?

– Chyba półfinałową z Sawczenko w Montrealu…

– To było bardzo dramatyczne spotkanie…

– Tak, ja byłem liczony, on był liczony, był dramatyzm. Ale nie pamiętam w ogóle walki o złoto z Kaćarem… Drugą walką, którą często wspominam jest także starcie z Sawczenko na Olimpiadzie w Moskwie. To też był półfinał i niesłusznie przegrałem przez rozwalony łuk brwiowy. W kuluarach wszyscy mi mówili: Gdyby nie to, to byś był drugi raz Mistrzem Olimpijskim…

– Czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, Polska dba o dawnych idoli, o sportowych mistrzów?

– Dba. Jeśli chodzi o medalistów, to nie mogę powiedzieć, dba. Mamy przyznane comiesięczne świadczenie olimpijskie w wysokości dwóch tysięcy złotych i to obojętnie, jakiego koloru medal się zdobyło.

– Od kiedy mieszka Pan na Gocławiu i jak się Panu tu mieszka?

– Od 28 lat. Mieszka się tu bardzo dobrze. Całkiem nieźle jest z transportem, choć denerwuje mnie, że… budka ruchu jest zamknięta i nie mam gdzie biletu kupić. Ale są możliwości rekreacji, jest gdzie pobiegać, pograć w piłkę, jest basen w pobliżu.

– Po zakończeniu kariery zawodniczej był Pan trenerem, także polskiej kadry i to z sukcesami, potem „zagospodarował” Pana BOR, a całkiem niedawno prezesem Polskiego Związku Bokserskiego. Czym Pan się teraz zajmuje?

– Teraz jestem po prostu emerytem…

– Taki „Rocky 67”?

– Ha, ha, no trochę tak. Jestem prawdziwym emerytem, ale trochę pomagam w okręgowym związku bokserskim, bo przede mną, jak się przedstawiam, to otwiera się wiele drzwi. Hmm.., trochę smutno, bo wydaje mi się, że polski sport powinien w znacznie większym stopniu korzystać z doświadczenia takich ludzi, jak ja. Tacy bokserzy jak Wiesław Rudkowski, Janusz Gortat mogli przekazywać wiedzę i doświadczenie młodym pokoleniom.

Rozmawiał Adam Rosiński