Rozmowy na lekkiej bańce

– Witam, panie Eustachy. Jak zdrowie, jeśli mogę…

W momencie, kiedy wypowiadał te słowa, pan Kazimierz Główka, emeryt, stały bywalec bazaru na placu Szembeka zauważył, że jego kolega, kupiec tutejszy – Eustachy Mordziak, troszkę zmęczony jest. W sensie – na lekkiej bańce był. Na pierwszy rzut oka nie było widać, czy pan Eustachy zaczyna, czy może powoli wychodzi z wirażu, ale sam fakt spożycia nie ulegał wątpliwości. Pan Kazimierz za długo żył na Grochowie, żeby mylić się w takich kwestiach…

– Co to ja chciałem… Widzę, że właściwie jest już nieźle – powiedział, żeby coś powiedzieć.

– Wszystko jest względne, panie Kaziu. „Nieźle” też jest względne. Pod względem zdrowotnym – i owszem, już dobrze.

– A pod innym względem?

– To już różnie, niestety. Powiem tak – co się polepszy, to się popieprzy…

– Nie bardzo rozumiem…

– No, weź pan ten mój handel. Człowiek zasuwa dzień w dzień, cały rok czeka, żeby święta były, bo nie ma lepszego handlu niż na Boże Narodzenie…

– Handluje pan przecież, aż miło – wszedł mu w słowo pan Kazimierz.

– Niby tak, ale ogólnie jest nie ten, tego…

– Panie Eustachy, jak Boga kocham, marudny pan jesteś. Jako emeryt powiem panu, że chciałbym, żeby tak jak panu co chwilę jakaś dyszka, dwie, do kieszeni mi wpadała.

– No, ale kiedy ja z tych dyszek 40 milionów uzbieram? Ze sto razy musiałbym żyć chyba…

– Jakie 40 milionów? Panie Eustachy? Może pan by do domu poszedł?…

– Nie słyszał pan – 40 baniek! Tyle się ludziom płaci w poważnych firmach. Znaczy ten pan, co to hetmańskie nazwisko nosi, taką propozycję dostał. Nie do odrzucenia! Jak zapłaci wskazanemu koledze 40 baniek, to będzie robił te swoje interesy, jak do tej pory. A jak nie… No, cóż…

– Panie Kaziu, ale to jeszcze nie wiadomo, co i jak… Dopiero o tym napisali. Teraz będą wyjaśniać, poczekajmy. To poważne sprawy są, chodzi o instytucję zaufania państwowego, a nie o jakiś stragan, za przeproszeniem.

– No, właśnie. Jak w takiej instytucji takie numery odchodzą, to gdzie my żyjemy, szaraczki?! Tu, panie, jak paragonu nie wystawię, to zaraz z kibla, z kąta, zza śmietnika, nie wiedzieć skąd, kontroler wyskakuje i łup człowieka po kieszeni. A tam – w tej świątyni finansów państwowych, miliony latają po pokoju w te i wewte, jak jakieś ptaki kolorowe. Zasady kapcanieją w naszej ojczyźnie ukochanej, panie Kaziu, kapcanieją.

– Wiesz pan, był swego czasu taki dziennikarz, krytyk, pisarz, ale wesoły i bardzo bystry. Kisielewski się nazywał. Stefan. Władza nie za bardzo go lubiła, ze szczerą wzajemnością, zresztą. On kiedyś przyszedł do lekarza i lekarz go się pyta:

– Panie Stefanie, dlaczego pan pije?

– Bo życie jest trudne.

– A po wódce lżejsze?

– Nie, ale wymagania się zmniejszają.

– No, fakt. Ale, do czego to nas doprowadzi? Czasem, panie Kaziu, myślę sobie, że może i dobrze by było, żeby przyszedł jakiś kierownik albo prezes i wziął to wszystko – o, tak!…

Pan Eustachy pokazał panu Kazimierzowi pięść zaciśniętą tak mocno, że aż kostki białe były.

– Wie pan, przekonany nie jestem. Jak tak patrzę po rynku prezesów, to mi się taka pogawędka przypomina:

– Tato, kto to jest właściwie ten cały prezes? – pyta brzdąc pod wrażeniem jakichś „Wiadomości” czy innych „Faktów”.

– To synku taki gość, który rozwiązuje wszystkie problemy w naszym kraju, choć bez niego właściwie tych problemów byśmy nie mieli.

Szaser